Dlaczego preferred supplier nie jest naprawdę preferowany?
Preferred supplier. Preferowany przez kogo właściwie?
Prawie każda większa organizacja ma preferred suppliers – dostawców preferowanych. Albo strategic suppliers. Albo approved suppliers. Albo core suppliers. Czasami jeszcze gold, silver, partner, key partner, preferred partner, nominated supplier…Nazwy są różne. Wyobraźnia nas tylko ograniczna przed nadawaniem kolejnych fancy nazw. Problem zaczyna się wtedy, kiedy zapytamy: Co właściwie oznacza bycie dostawcą preferowanym? Czy oznacza, że powinniśmy kupować od niego w pierwszej kolejności, czy że ma gwarantowany udział w spendzie? Czy, że zawsze powinien być zapraszany do RFQ lub że biznes nie powinien szukać alternatywy bez zgody kupca? Czy może tylko tyle, że kilka lat temu ktoś umieścił go na slajdzie ze strategią kategorii? I tutaj często zaczyna się problem. Bo w wielu organizacjach status „preferred supplier” brzmi bardzo poważnie, ale w praktyce nie niesie za sobą prawie żadnych konsekwencji. Jak jest u Was?
Preferred supplier, czyli właściwie kto?
- Czy powinniśmy kupować od niego w pierwszej kolejności?
- Czy powinien być automatycznie zapraszany do każdego RFQ?
- Czy dostaje jakiś minimalny udział w spendzie?
- Czy ma pierwszeństwo, jeżeli dwie oferty są porównywalne?
- Czy biznes może wybrać dostawcę spoza panelu? Jeżeli tak, to kiedy?
- I czy ktokolwiek musi to uzasadnić?
Bez odpowiedzi na te pytania preferred supplier staje się trochę jak „VIP” napisane na identyfikatorze. Brzmi dobrze. Tylko nie wiadomo, czy daje wejście do specjalnej strefy, czy po prostu identyfikator ma inny kolor. Dział Zakupów mówi: „to jest nasz preferred supplier”, a użytkownik odpowiada: „OK. I co z tego?” I szczerze mówiąc, czasami jest to najlepsze pytanie, jakie może zadać. Bo jeżeli nie potrafimy mu odpowiedzieć jednym albo dwoma prostymi zdaniami, co dokładnie zmienia ten status w sposobie podejmowania decyzji, to prawdopodobnie sami nie zdefiniowaliśmy go wystarczająco dobrze.
Status bez konsekwencji jest tylko etykietą
Jedno z badań pokazało, że 86% respondentów pracowało w organizacjach posiadających listę preferred suppliers. Jednocześnie aż 94% przyznawało, że kupuje również poza nią. Badanie nie jest nowe (ma 12 lat), więc nie traktowałbym tych liczb jako obrazu dzisiejszego rynku. Ale sam paradoks pozostaje bardzo aktualny: można mieć preferred supplier list i jednocześnie nie mieć realnego preferred supplier model. Zresztą problem nie ogranicza się do samej listy. Gartner podaje, że tylko 35% CPO ma działający model różnicowania najważniejszych dostawców według wartości. Innymi słowy: łatwiej stworzyć segmentację niż sprawić, żeby naprawdę zmieniała sposób zarządzania dostawcami. Nasze wewnętrzne badania na grupie klientów pokazują zresztą ciekawszy obraz. Około 66% badanych klientów deklaruje, że posiada bazę preferred suppliers. Najczęściej jest to stosunkowo wąska grupa – około 10–15% całej bazy dostawców otrzymuje status preferred. Na pierwszy rzut oka wygląda więc, że model jest dość powszechny. Problem pojawia się, kiedy zaczynamy pytać nie o samą listę, ale o to, co właściwie oznacza status preferred i jakie zasady za nim stoją. Tylko około 20% organizacji posiadających preferred supplier base ma za tym silny governance: jasno określoną definicję, zasady korzystania z panelu, sposób zarządzania wyjątkami, odpowiedzialności oraz konsekwencje wynikające z nadania dostawcy tego statusu.
Czyli lista istnieje stosunkowo często. Znacznie rzadziej istnieje cały mechanizm, który sprawia, że ta lista rzeczywiście wpływa na decyzje zakupowe. I chyba właśnie tutaj leży sedno problemu z pojęciem „preferred supplier”. Łatwo jest nazwać dostawcę preferred. Znacznie trudniej sprawić, żeby organizacja rzeczywiście traktowała go w ten sposób. I właśnie tutaj warto zadać najważniejsze pytanie: co właściwie ma się zmienić dlatego, że dostawca otrzymał status preferred? Bo sama nazwa nie tworzy żadnej wartości. Jeżeli organizacja poświęciła czas na wybór panelu dostawców, negocjacje, standaryzację warunków i budowę relacji, to ten model powinien mieć wpływ na późniejsze decyzje zakupowe. Nie oznacza to oczywiście, że preferred supplier powinien wygrywać każdy projekt. Wręcz przeciwnie. Dobry model powinien dopuszczać wyjątki, bo rynek, technologia i potrzeby biznesu się zmieniają. Ale wyjątek powinien być świadomą decyzją, a nie efektem tego, że ktoś po prostu woli innego dostawcę. I tu pojawia się ciekawy test. Jeżeli organizacja regularnie wybiera dostawców spoza listy, być może problem wcale nie polega na tym, że biznes nie przestrzega zasad. Być może sama lista została źle zbudowana. Być może dostawcy, których nazwaliśmy preferred, nie odpowiadają realnym potrzebom użytkowników. Być może strategia była budowana zbyt mocno z perspektywy Zakupów. A może rynek zmienił się szybciej niż nasz model dostawców. Wtedy odstępstwa nie są problemem, który trzeba „naprawić”. Są informacją. Pokazują, że coś w naszej strategii nie działa tak, jak zakładaliśmy. Dlatego dla mnie najprostszy test preferred supplier model brzmi: czy ten status realnie wpływa na sposób podejmowania decyzji w organizacji? Jeżeli tak, ma sens. Jeżeli nie, to prawdopodobnie stworzyliśmy po prostu listę dostawców z bardziej elegancką nazwą.
I właśnie tutaj zaczyna się problem
Trzeba wyjaśnić:
- dlaczego dostawca uzyskał taki status,
- co organizacja zyskuje dzięki koncentracji spendu,
- kiedy powinniśmy z niego korzystać,
- kiedy wolno wybrać inną opcję,
- kto podejmuje taką decyzję,
- jakie są konsekwencje odstępstwa.
Bez tego użytkownik nie widzi modelu. Widzi tylko kolejną zakupową procedurę.
Preferred supplier nie oznacza jednak „kupuj od niego zawsze”
Kiedy preferred supplier naprawdę zaczyna mieć sens?
- kilku producentów tej samej technologii,
- różne HMI,
- różne systemy sterowania,
- różne części zamienne,
- różne umowy serwisowe,
Koszt tej różnorodności bardzo rzadko widać w cenie zakupu maszyny. Ale organizacja płaci za nią przez wiele kolejnych lat. W takim przypadku lista preferred suppliers może być narzędziem standaryzacji, a nie tylko negocjacji cen. Może prowadzić do: większego leverage, lepszych cen, ujednoliconych warunków kontraktowych, krótszego procesu sourcingowego, szybszego projektowania, mniejszej liczby wyjątków technicznych, łatwiejszego serwisu, mniejszej liczby części zamiennych, łatwiejszego szkolenia operatorów, lepszej współpracy technologicznej i większej odpowiedzialności dostawcy za długoterminowy performance. Wtedy status preferred zaczyna oznaczać coś realnego.
Dostawca też musi coś z tego mieć
- większy udział w przyszłych projektach,
- lepsza widoczność pipeline’u,
- wcześniejsze zaangażowanie w projekty,
- wspólne planowanie capacity,
- dostęp do większej liczby lokalizacji,
- większa standaryzacja,
- szybszy proces decyzyjny,
- albo po prostu większe prawdopodobieństwo kolejnego biznesu, jeżeli dobrze realizuje obecny.
Nie musi to oznaczać gwarantowanego wolumenu. Ale musi istnieć jakiś mechanizm, dzięki któremu dobre zachowanie dostawcy zwiększa jego szansę na przyszły biznes. W przeciwnym razie trudno mówić o partnerstwie.
Sam status nie wystarczy. Potrzebny jest operating model
Preferred supplier działa dopiero wtedy, kiedy słowo „preferred” naprawdę coś zmienia
Daniel Matela
Wiceprezes Zarządu
GOODMAN GROUP



